Do dziś rowerzysta uzbierał 3 tys. euro na pomoc osobom dotkniętym poparzeniami. Wyprawa trwa.
Holenderskie Hendelo od Moskwy dzielą prawie trzy tysiące kilometrów. Większość z nas tę drogę pokonałaby samolotem, ale jak się chce, równie dobrze można i rowerem.
Na taki pomysł wpadł Martijn van der Berg, holenderski kierowca autobusu, z zamiłowania rowerzysta. Od lat marzył o odbyciu długiej podróży na dwóch kółkach, wiodącej przez kraje Europy zachodniej, środkowej i wschodniej. Dodatkowo postanowił połączyć hobby z działalnością charytatywną. W trakcie wyprawy prowadzi zbiórkę pieniędzy na holenderską fundację leczenia oparzeń skóry.
Szef się zgodził
- Przekonałem swojego szefa do udzielenia mi dłuższego urlopu, bo przejechanie całej trasy zajmie mi ponad cztery tygodnie - mówi Martijn van der Berg podczas pobytu w Grudziądzu. - Półtora tygodnia temu wyruszyłem z rodzinnego miasta Hendelo, a celem jest Moskwa. W tym czasie mam zamiar przebyć niespełna trzy tysiące kilometrów, głównie bocznymi drogami prowadzącymi przez terytorium Niemiec, Polski i wreszcie Rosji.
Na bieżąco aktualne miejsce pobytu Martina na trasie można śledzić na jego stronie internetowej www.hendelo-moskou.nl. Również poprzez stronę internetową prowadzona jest zbiórka pieniędzy dla Fundacji Nederlandse Brandwonden Stichting. Datki można składać w formie sms-ów o treści „moskou”, wysyłanych pod numer 1008.
- Do tej pory uzbierałem ponad 3 tys. euro, do końca wyprawy liczę na kwotę trzykrotnie wyższą - mówi rowerzysta. - Na trasę wziąłem tylko najpotrzebniejsze rzeczy w tym m.in. namiot, specjalistyczne torby rowerowe, prowiant w puszkach i ciepłe ubrania. Nie nocuję w hotelach tylko tam, gdzie w danej chwili zastanie mnie noc. Najczęściej pytam ludzi mieszkających w domkach jednorodzinnych o pozwolenie rozbicia namiotu na ich działce. Jadąc przez Niemcy nie miałem z tym kłopotu, a w Polsce jest jeszcze lepiej, bo przy złej pogodzie pozwalają mi nawet nocować w pomieszczeniach.
Martijn zna dwa obce języki - polski i angielski. Jak zapewnia, jest w stanie porozumieć się z każdym, kto może wspomóc go podczas podróży. - Jedyną niewiadomą jest pogoda, która może skutecznie utrudnić zakończenie trasy w terminie - mówi Martijn. - Początkowo chciałem poświęcić trochę czasu na zwiedzanie miejsc, które odwiedzam, lecz zrezygnowałem z tego pomysłu. Teraz, gdy zostało mi 1800 kilometrów, nie chcę odrywać się od głównego celu podróży, choć niejednokrotnie z żalem opuszczam osoby, u których gościłem.
Lekko nie jest
Do przejechania tak długiej trasy potrzebny jest mocny rower i sporo samozaparcia. Drobne awarie można naprawić samodzielnie, z większymi trzeba się udać do serwisu.
- Wszystkiego nie da się przewidzieć, dlatego nie brałem ze sobą zapasowych opon i dętek - mówi cyklista. - Na polskich drogach nie jeździ się może zbyt komfortowo, ale póki co rower spisuje się znakomicie. Jest dość ciężki, bo wraz z ekwipunkiem waży ponad 60 kilogramów. Czasami na trasie ludzie mijający mnie samochodami pukają się w głowy, widząc tak objuczonego rowerzystę. Nie przejmuję się tym. Wiem, że moja wyprawa ma sens, który każdego dnia dodaje mi sił.
Maciej Hering,
Nowości, Poniedziałek, 14 Lipca 2008